TIMBUKTU
10.05.2010 przez zlomscy | 1 komentarz »Do Timbuktu – słynnego miasta w sercu Sahary – można się dostać odbywając 5-dniowy rejs po Nigrze, albo pokonując 200 km szutrową drogą. Wiedzieliśmy, że jest ona w złym stanie i że taka podróż zajmie nam wiele godzin… Nie przypuszczaliśmy jednak, że w niektórych miejscach drogę zabiera pustynia. Ni stąd ni zowąd pojawiają się wielkie łachy piachu. Jeżdżące tędy jeepy i ciężarówki przejeżdżając te piaszczyste odcinki wyrabiają ogromne, często półmetrowej głębokości koleiny. Gdy po 100 km natykamy się na pierwszą taką przeszkodę przejazd wydaje się niemożliwy. Zauważamy ślady samochodów objeżdżających to miejsce bokiem – przez pustynię. Piach jest dość twardy – próbujemy. Niestety to nie najlepszy pomysł, ledwo udaje nam się wrócić do drogi. Kolejną łachę piachu postanawiamy “wziąć górą”. Oceniamy, w którym miejscu przejazd wygląda najlepiej, cofamy się, rozpędzamy samochód do ok. 100 km/h i “prześlizgujemy” się po piachu szorując podwoziem i wzbudzając tumany pyłu.
Kolejne przeszkody pokonujemy z coraz większym impetem. Mijamy drogowskaz, że do Timbuktu zostało nam 10 km. I… łapiemy drugą gumę. Jesteśmy uziemieni na środku pustyni. Zbieramy myśli w cieniu akacji. Nikt nas nie mija. Próbujemy samodzielnie zwulkanizaować oponę. Po kilku nieudanych próbach, zlani potem i z zawrotami głowy wracamy pod akację. Kolejną godzinę nic się nie dzieje. W końcu zatrzymuje się jakiś jeep. Przez chwilę wahamy się kto ma jechać z kołami, a kto ma czekać na pustyni, być może nawet do jutra. Okazuje się, że jeepem podróżują misjonarze. To pomaga nam podjąć decyzję – jedzie Gosia. Przez następnych kilka godzin Gosia przeprawia się promem przez Niger, znajduje wulkanizatora i wraca z naprawionymi oponami na dachu złapanej okazji. W tym czasie Marcin zdążył uciąć sobie drzemkę i zaparzyć herbatę z wody postawionej w metalowym kubku na dachu samochodu.
W Timbuktu upał jest jeszcze większy. Mimo, że położone w środku pustyni i odcięte od świata to całkiem duże miasto. Część dróg jest asfaltowa, ale na obrzeżach jest już tylko piach, a domy nie mają prądu.
Miasto to słynie z karawan wielbłądów, które z głębi Sahary transportują wydobywane tam bloki soli. Dziś tak jak od setek lat spotykamy dostojnie stąpające wielbłądy objuczone drogocennym ładunkiem. Razem z karawaną idą opiekujący się wielbłądami Tuaregowie – pustynni nomadowie. Dla nich jest to coś więcej niż praca – to styl życia niezmienny od pokoleń.










Hej, zajebisty post.
Mam nadzieje Was poznac w towarzystwie eksploracyjnym jak bedziecie opowiadac o Nowej Zelandii to wtedy zagadam o te wyprawe….
pozdr
M.