Droga w budowie
08.05.2010 przez zlomscy | Brak komentarzy »Znowu przekraczamy granię rzadko uczęszczanym przejściem. Tym razem jest to granica między Senegalem a Mali. Pytamy kilku osób, czy droga jest dobra – na naszej mapie wygląda kiepsko. Odpowiedzi są bardzo różne. Niektórzy mówią, że jest świetna, inni, że bardzo zła. Pada też odpowiedź: „Ooo, it’s too far…” – to za daleko… To stwierdzenie ostatecznie nas przekonuje. Postanawiamy zaryzykować. Do granicy jest super – nowa droga. Ale na tym koniec – mostu granicznego jeszcze nie ma. Przeprawiamy się przez niewielki bród (na szczęście jest pora sucha).
Teraz szukamy odprawy paszportowej po stronie malijskiej. Ludzie pokazują, że jest dalej więc jedziemy. Po 50 km kontrola policji: „po pieczątki w paszporcie musicie się cofnąć 30 km”. Ok, zawracamy, ale po drodze nic nie ma. Dojeżdżamy aż do rzeki granicznej – 50 km. Tam mówią, że to 20 km w kierunku, z którego przyjechaliśmy, w miejscowości, którą mijaliśmy już dwa razy… W między czasie mamy awarię samochodu – zerwał się pasek klinowy. Jacyś faceci z przejeżdżającego jeepa pomagają nam go wymienić. Upał jest nie do wytrzymania. Pot leje się strumieniami, części samochodowe parzą. W końcu udaje się i znowu wracamy. Po długich poszukiwaniach, dzięki pomocy miejscowych, znajdujemy posterunek policji usytuowany daleko od drogi, w zupełnie nie oznakowanym miejscu. Dlaczego tak – nikt nie wie. Po załatwieniu formalności jest już dość późno. Musimy więc tu zanocować. W miasteczku jest tylko jeden campament. W obskurnym pokoju temperatura jak w piekarniku. Decydujemy się rozbić namiot. Tu nie jest lepiej, ociekamy potem. Na dodatek okazuje się, że nasza noclegownia to jednocześnie knajpa. Gra głośna muzyka, goście siadają tuż przed naszym namiotem. Dopiero ok. 2 nad ranem towarzystwo się rozchodzi, robi się cicho, a temperatura odrobinę spada. I właśnie wtedy dopadają nas komary… To najgorsza noc tego wyjazdu!
Zupełnie nieprzytomni o bladym świcie wyruszamy w dalszą drogę. Cały czas jedziemy szutrem, do asfaltu mamy jakieś 120 km. Liczymy, że za trzy godziny tam będziemy i jeszcze dziś dotrzemy do stolicy Mali – Bamako. Niestety droga z każdym kilometrem robi się coraz gorsza. Po niedługim czasie z wnętrza naszego samochodu zaczyna wydobywać się dziwny, metaliczny dźwięk. Jest na tyle przeraźliwy, że postanawiamy zawrócić do mijanej przed chwilą bazy firmy budującej tę drogę. Okazuje się, że są to Chińczycy. Na migi pokazujemy im co się stało. Wołają miejscowego mechanika. W stacji jest kanał i można sprawnie wymontować alternator, z którego wydobywał się ten dźwięk. Fachowcy dorabiają metalową podkładkę, montują i możemy jechać dalej. Po pewnym czasie widzimy, że przy drodze stoi Eryk – Belg, którego poznaliśmy wczoraj na granicy.
Jechał motorem kupionym w Senegalu. Miał już kilka awarii, a teraz utknął na dobre w małej wiosce. Nie ma tu nikogo, kto by ten motor naprawił i nie ma nadziei na podwózkę. Droga jest bowiem w budowie i nie jeździ tu żaden transport publiczny, ani żaden inny. Cóż zrobić. Trzeba pomóc podróżnikowi. Ładujemy motor na dach naszej „terenowej” Toyoty.
W międzyczasie, gdy chłopcy i cała zainteresowana wydarzeniem wioska ładuje motor na dach, Gosia rozmawia z paniami przy studni. Co chwila dla ochłody wylewając na siebie miskę wody.
Nie ujechaliśmy daleko a już łapiemy gumę. Gdy jeszcze raz się to zdarzy we trójkę utkniemy na dobre. W kolejnej niewielkiej wiosce naprawiamy oponę. Nie ma tu wulkanizatora, ale jest pan z łomem, który zna się na sprawie. Po godzinie, gdy opona jest już wreszcie zdjęta z obręczy, pada pytanie: „macie dętkę?” Skąd mielibyśmy mieć? W wiosce są tylko dętki do rowerów. Po długich poszukiwaniach ktoś wsiada na motor i na szczęście wraca z dętką odpowiedniej wielkości.
Odetchnęliśmy z ulgą. Ale nie na długo. W wiosce zaczyna się dyskusja, czy przejedziemy naszym samochodem rzekę. Jaką rzekę? – pytamy. Nikt nam o niej wcześniej nie mówił. Teraz kierowca ciężarówki twierdzi, że nie mamy szans. Inni zapewniają, że przejedziemy bez problemu. Jak nie przejedziemy będziemy musieli wracać te 100 km w pyle i kurzu… Ta perspektywa nas już zupełnie załamuje. Decydujemy się jechać dokąd się da. Z naprawioną oponą w bagażniku czujemy się już bezpieczniej i śmiało pokonujemy kolejne przeszkody – głębokie koleiny, piaszczyste przejazdy. Gdy jednak dojeżdżamy do grząskiego jaru zalanego wodą załamujemy ręce. Marcin po wnikliwej analizie przeszkody stwierdza, że ryzyko utknięcia w jarze jest zbyt duże i mimo, że nie chcemy nawet o tym myśleć – trzeba zawrócić. Gdy próbujemy się z tym oswoić podjeżdża pick-up. Eryk miło zagaduje po francusku w nadziei, że będzie mógł przesiąść się z motorem i jechać dalej. Z rozmowy wynika, że kierowca pokonuje tę drogą nie pierwszy raz. Spogląda na nasz samochód i mówi: „Toyota – why not?” Ok, spróbujemy. Mimo wszystko dla odciążenia samochodu przekładamy motor na pick-up’a. Adamo (tak nazywa się nasz wybawca) wsiada do naszej Toyoty i z dużą prędkością pokonuje przeszkodę… Historia powtarza się jeszcze dwa razy. W między czasie mamy spory wyciek oleju, co parę kilometrów musimy uzupełniać jego poziom. W końcu naszym oczom ukazuje się rzeka. Szerokości Wisły… No nie – takiej wody nie pokonamy. Adamo wsiada jednak do Toyoty i bez dyskusji wjeżdża w koryto rzeki. Marcin jedzie za nim jeepem. Do tej pory nie wiemy jak to się udało.













