CHINGUETTI
13.04.2010 przez zlomscy | Brak komentarzy »
Jedziemy ponad 450 km w glab Sahary do niewielkiej osady Chinguetti. Niegdys byl to wazny punkt na szlaku karawan wiozacych sol z Timbuktu do Marakeszu. Taka podroz trwala 52 dni.
Probujemy odszukac dawna swietnosc osady – niegdys centrum islamskich uczonych. Odwiedzamy rodzinne biblioteki, bierzemy do rak XV-wieczne manuskrypty, przez plot zagladamy do starego meczetu. Kiedys bylo ich tu dwanascie i dwadziescia piec medres. Dzis z ponad 20 tysiecy mieszkancow pozostalo juz niewielu. Ciezko tu o prace. Kobiety zrzeszone w tzw. “cooperativach” produkuja pamiatki dla turystow.
Klimat sie ociepla. Pustynia jeszcze bardziej wysusza. Naukowcy przewiduja, ze Chinguetti niebawem zasypie piach…
ZIEMIA NICZYJA
03.04.2010 przez zlomscy | Brak komentarzy »Docieramy do granicy. Zaczynaja sie kolejne kontrole – w sumie po stronie marokanskiej jest ich siedem. Przejezdzamy po 20 m – paszporty, zawod i do nastepnego pogranicznika. Czwarty czy piaty z kolei kaze pokazac dowod rejestracyjny i zielona karte. “Gdzie tu jest Pana nazwisko?” – pyta szukajac wzrokiem na dokumentach. Wiedzac, ze go tam nie znajdzie udajemy, ze nie rozumiemy. Mina urzednika robi sie coraz bardziej powazna - siegamy po nasza bron ostateczna - podrobione upowaznienie do prowadznia pojazdu. Rozpromieniony celnik rzuca wzrokiem na nazwisko Marcina w tekscie i na tytul dokumentu – “Autorisation”. To zalatwia sprawe. “Bon voyage!” – rzuca na pozegnanie. Odchodzac z trudem powstrzymujemy smiech.
Przed nami owiany legenda trzy kilometrowej szerokosci pas ziemi niczyjej pomiedzy Marokiem i Mauretania. Zaminowany kawal pustyni bez zadnej drogi. Do dzis jeszcze od czasu do czasu gina tu ludzie. Wystarczy troche zboczyc w niewlasciwym kierunku. W 2007 roku jakis Anglik pojechal “za bardzo w lewo”. My tez wiemy, ze trzeba w prawo (wyczytalismy w czyjejs relacji). Przy wjezdzie na pole minowe stoja cinkciarze. Wskazuja nam droge: “Jedzcie w lewo, po prawej droge zasypal piach”. Na szczscie jechalo jeszcze kilka samochodow – ktos sie zakopal, ktos zawrocil, ale wreszcie wsrod porzuconych wrakow aut zobaczylismy szlaban – to juz Mauretania!
SAHARA
03.04.2010 przez zlomscy | Brak komentarzy »
Im dalej na poludnie tym krajobraz robi sie coraz bardziej pustynny. Temperatura na naszym pokladowym termometrze wciaz rosnie – wczoraj przekroczyla 40 stopni.
Sahara Zachodnia to juz prawdziwa pustynia – bezkresne, kamieniste pustkowie i coraz czesciej pojawiaja sie piaszczyste wydmy. Na drodze trzeba uwazac na wielblady, ktore leniwie przechadzaja sie po szosie.
Przemieszczamy sie jedyna droga biegnaca wdluz oceanu. Troche mecza nas idiotyczne kontrole. Nie wiadomo skad pojawia sie policjant i bez uzycia radaru stwierdza, ze jechalismy 65 km/h. Dozwolone bylo 60. Innym razem na dlugim luku drogi ze swietna widocznoscia wyprzedzilismy prawie stojaca ciezarowke – tu znow wyskoczyl policjant. Za kazdym razem mowil cos o 40€. My usmiechamy sie i mowimy, ze nic nie rozumiemy (co jest w sumie zgodne z prawda). To dziala. Po chwili zniechecony policjant macha reka zebysmy jechali.
Sa jeszcze kontrole na rogatkach miast, a wlasciwie niewielkich osad. Biora od nas paszporty i wpisuja dane do wielkiego zeszytu. Najwazniejsze jest jednak pytanie o zawod. Nie bylo kontroli, zeby ono nie padlo. Czasem policajant byl tak usatysfakcjonowanty odpowiedzia, ze od razu puszczal nas dalej (przyjelismy, ze Gosia jest studentka, a Marcin professorem – tylko takie zawody umielismy na poczekaniu wymyslec po francusku).
W kierunku Sahary Zachodniej i z powrotem
29.03.2010 przez zlomscy | Brak komentarzy »Z Marakeszu ruszamy na poludnie pokonujac kolejne przelecze w Atlasie Wysokim. Przy podjezdzie na 2300 m. pierwszy raz w naszej Toyocie zagotowuje sie woda w chlodnicy.
Gdy juz dojezdzalismy do oceanu kierujac sie do Sachary Zachodniej spotykamy Niemcow, ktorzy mimochodem pytaja nas, czy mamy wize mauretanska. Podobno nie mozna juz jej dostac na granicy. Mala konsternacja… Najblizsza ambasada jest w Rabacie – 600 km na polnoc. Potwierdzamy te informacje w internecie i zawracamy.
Szybko uznajemy, ze wlasciwie to mamy wielkie szczescie, ze spotkalismy tych Niemcow, a nie dowiedzielismy sie o tym dopiero na granicy marokansko-mauretanskiej. Wtedy musielibysmy nadlozyc 4000 km… Przy tym nasze 1200 km to niewielka przejazdzka.
Wlasnie czekamy na wize i za dwie godziny ruszamy w koncu w kierunku Sahary.
MARAKESZ
25.03.2010 przez zlomscy | 1 komentarz »
Kazdego dnia, od switu do poznej nocy, plac Dżemaa el-Fna – serce Marakeszu – tetni zyciem. Chodzimy wsrod zaklinaczy wezy, opowiadaczy historii, wrozek. Szamani-sprzedawcy zachwalaja uzdrawiajace specyfiki, przy malych stolikach siedza uliczni dentysci uzbrojeni z szczypce, a pomiedzy nimi kraza grajkowie i sprzedawcy wody. Po zmroku plac zapelniaja stragany z roznymi smakolykami – shish kebab, lby owcze, slimaki, mozdzki, a nawet owoce morza. Na deser najlepszy jest sok ze swiezo wyciskanych pomaranczy.
To ostatnie duze miasto przed czekajacym nas przejazdem przez Sahare Zachodnia. Przed nami setki kilometrow pustyni – to bedzie prawdziwy test dla naszego samochodu.
FEZ
25.03.2010 przez zlomscy | Brak komentarzy »Krazymy po waskich uliczkach starej medyny co chwila gubiac droge. Po obu stronach male sklepiki, stragany z owocami i warzywami, male zaklady garncarskie, kowalskie i kaletnicze. Idac ustepujemy droge oslom zaladowanym butlami z gazem lub butelkami coca-coli.

Po chwili czujemy dziwny zapach. Otwieramy przewodnik, ale zanim zdazymy zorientowac sie gdzie jestesmy, podchodzi naganiacz i pyta czy chcemy zobaczyc farbiarnie. Tego wlasnie szukalismy. Przez wielopietrowy sklep ze skorzanymi wyrobami wchodzimy na taras skad rozposciera sie widok na wewnetrzny dziedziniec, ktorego nie bylo widac z ulicy. Plac zapelniaja kolorowe kadzie z farbami. Metoda pracy nie zmienila sie od wiekow. Na poczatku, aby ze skor usunac resztki welny, moczy sie je w wapnie, potem zmiekcza w moczu, a na nastepne 20 dni wklada do kadzi z naturalnym barwnikiem. Pracownicy farbiarni codziennie przekladaja i ugniataja je rekoma i nogami, aby zafarbowaly sie rownomiernie.
CASABLANCA
23.03.2010 przez zlomscy | Brak komentarzy »Na kazdym kroku przewijaja sie motywy z slynnego filmu. Rano idziemy do kawiarni na marokanskie sniadanie. Nasz pierwszy tajin.
Pozniej idziemy do meczetu Hassana II, ktory zostal zbudowany w latach 1980-1993. Polozony tuz nad brzegiem oceanu doslownie wypelnia slowa Koranu – “tron Boga zostanie wzniesiony na wodzie”. 210 – metrowy minaret jest najwyzsza budowla w Maroku. Gdy zapada zmierzch z jego szczytu zielony laser wskazuje kierunek Mekki. Jest to trzeci co do wielkosci meczet na swiecie i chyba najbardziej nowoczesny. W zimie modlacy klecza na podgrzewanej podlodze, a w lecie otwierany jest elektryczny dach, aby wpuscic do srodka swieze powietrze.
You are in Africa
23.03.2010 przez zlomscy | 1 komentarz »Odprawa paszportowa odbywa sie jeszcze na promie, ale po przybyciu do Tangeru czekaja nas jeszcze formalnosci celne. Podchodzi facet, wyciaga jakis identyfikator i jako taka angielszczyzna mowi, ze nam pomoze wszystko zalatwic. Oglada papiery samochodu, pyta czy jestem wlascicielem. “Tak” – odpowiadam bez wahania (choc w dowodzie figuruje przeciez inne nazwisko). Do zielonego formularza wpisuje dane samochodu, potem moje z paszportu. Trzeba zaplacic pomocnikowi naszego pomocnika. Wyciagam 5 € - w koncu od zalatwienia tej sprawy zalezy dalsza podroz. Ale to chyba jeszcze nie koniec. Teraz idziemy na policje na pierwsze pietro budynku. Pomocnik kaze mi wejsc do pokoju i tam pokazac paszport. Wpisuja dane do komputera - nastepnym razem jak bede wjezdzal do Maroka ja i Toyota bedziemy juz w systemie. Super! Na zielonej kartce brakuje jeszcze podpisu i pieczatki. Idziemy z powrotem na dol. Znow trzeba placic. “You are in Africa” – wyjasnia z usmiechem nasz opiekun. Tu chcialem zaoszczedzic i przygotowalem 3 €. “Daj banknot” - mowi pomocnik. “Ok” – wyciagam 5 €. “Monety tez”. ”O nie, dam tylko jedna”. No i tak to jest jak sie chce przechytrzyc zawodowca…
Przy samochodzie wreczam jakiemus waznemu zielony papier. Gosia przezornie chowa juz dowod rejestracyjny i moj paszport. Znow pada pytanie, czy jestem wlascicielem auta. ”Tak” – mowie, zastanawiajac sie co zrobie, jak sprawdzi, ze nie. Caly czas trzymam jednak w zanadrzu nasze podrobione upowaznienie notarialne do korzystania z auta. To bedzie ostatnia deska ratunku. Wazny kladzie papier na biurku jeszcze wazniejszego. Czekamy. W koncu dostajemy magiczny, zielony formularz z pieczatka! Mozemy jechac! Jestesmy w Afryce!
3600 km do Giblartaru
23.03.2010 przez zlomscy | Brak komentarzy »Na szczescie nie sprawdzily sie przepowiednie o sniezycach w Europie. We Francji i Hiszpanii wita nas piekna wiosna: kwitna drzewa, slonce swieci coraz mocniej – kurtki i czapki zamieniamy na krotki rekawek. Auto sprawuje sie swietnie, mijaja kolejne setki kilometrow. Po drodze krotkie zwiedzanie Avignon i Granady. Na noclegi zatrzymujemy sie na parkingach i spimy na naszym poslaniu w bagazniku.
Wreszcie, po 4 dobach, docieramy na samo poludnie Hiszpanii – do niewielkiego portu – Tarify. Wsiadamy na prom do Afryki.
Etap I: Warszawa – Poznań
15.03.2010 przez zlomscy | 2 komentarzy »Już na pierwszy rzut oka widać, że do Afryki mamy kawał drogi…
Przez osiem godzin przedzieramy się przez zawieje i zamiecie do Poznania. Na autostradzie rozwijamy średnią prędkość 30 km/h. Mamy letnie opony – przecież jedziemy do Afryki!
Poznań godz. 3.00 nad ranem.
Prognozy nie są zachęcające. W całej Europie pada śnieg. Jak tak dalej pójdzie to do Gibraltaru (dystans: 3 600 km) dojedziemy na wiosnę…











































